Rozpocznę ten artykuł od tekstu, który napisałam pół roku temu. Docelowo miał być umieszczony na pewnej stronie internetowej o tematyce rodzinnej, ale ostatecznie pozostał jedynie na dysku mojego komputera.
.

Styczeń 2017. Idę do pracy! Czyli rzecz o tym, że tylko krowa zdania nie zmienia

Od dłuższego czasu zastanawiałam się, co będę robić po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Wszak jego koniec zbliża się wielkimi krokami.

Macierzyństwo, owszem, to moja cudowna kariera, ale, niestety, nie jest dochodowa (i nie ma z niej składek). A jakoś trzeba żyć. I nie martwić się w połowie miesiąca, czy wystarczy do jego końca.

Do poprzedniej pracy wrócić nie mogę, bo umowa się skończyła i (mimo szczerych chęci) nie mogą mnie znów zatrudnić.

Iść do nowej pracy?

Gdzie znajdę zatrudnienie z moim wykształceniem?

Przeglądając oferty pracy natrafiłam na jedną, odpowiadającą moim kwalifikacjom, za niemal najniższą krajową. Wkurzenie sięgnęło zenitu.

5 lat studiów, kierunkowe liceum, dodatkowe kwalifikacje, jakieś doświadczenie po to, żeby dostać 1400 zł? Mowy nie ma!

Stałam się mistrzynią w odpowiadaniu na pytanie: i co dalej?

 

Pracować zawodowo czy nie – oto jest pytanie

Przecież nie pójdę do normalnej pracy, bo co zrobię z dziećmi?

A muszę dodać, że są w wieku 2,5 pierworodny, a bliźniaki roczek. Na żłobek miejski nie ma co liczyć.

Prywatne żłobki?

Trudno żebym pracowała tylko i wyłącznie na żłobek. A przecież trzeba doliczyć benzynę, jakieś ciuchy (legginsy i luźne koszulki raczej nie nadają się do wyjścia poza dom).

A poza tym, to ja jestem najlepszą opiekunką dla moich dzieci. Ja mam pomysły, ja mam uzdolnienia, radzę sobie doskonale i nikt nie musi mi pomagać.

Inna sprawa, że kto chciałby zatrudnić osobę, która nie odpoczywa i nie śpi?

Inny argument to taki, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci, a ja jestem najszczęśliwsza w domu.

 

Telepraca?

Jedynie praca w domu.

Zaszyć się na dwie godzinki w innym pokoju, na innym piętrze i pracować.

Porozsyłałam mnóstwo maili w sprawie pracy, którą mogłabym wykonywać w domu. Nie próżnowałam, tworzyłam, pisałam, następnie te moje wypociny wysyłałam. A nuż komuś się spodobają i zaproponują współpracę…

Ale jakoś nie martwiłam się, mówiłam wszystkim i sama wierzyłam w to, że moja sytuacja jakoś się sama rozwiąże. Może uda mi się spełnić moje marzenie, a ono da nam jakieś dochody. Rozważań i rozmyślań nie było końca, aż tu nagle…

 

Grom z jasnego nieba!

Dzień przed wigilią, przygotowania w pełni, dostałam telefon z byłej pracy.

Czy przyjmuję propozycję zastępstwa za koleżankę, która poszła na ciążowe L-4. Zgodziłam się natychmiast. Tylko że mam zacząć za 10 dni…

Po fali euforii przyszedł straszny dół.

Po kilku telefonach miałam tak skrajne uczucia, jakich już dawno nie odczuwałam.

Co z dziećmi?

Lista w głowie i w rozmowach pt. „Za i przeciw żłobkowi” „Za i przeciw opiekunce”. Jeśli będę wozić trójkę dzieci do żłobka, to o której będę musiała wstawać?

Wychodzenie na spacer zajmuje mi 45 minut. A tu jeszcze trzeba wyszykować siebie. Do żłobka miejskiego czas oczekiwania wynosi „około roku” (tak poinformowała mnie pani przez telefon, na co moja mama śmiała się, że trzeba by zapisywać będąc jeszcze w ciąży).

Najtańszy prywatny żłobek to 600 zł od dziecka. Zarobię tylko na niego. Ale dzieci będą miały opiekę całodniową. Niania ubierze, nakarmi, wyjdzie na ogródek, ale pożegna się, kiedy tylko ja wrócę z pracy.

Święta upłynęły pod znakiem myślówy, płaczu, rozterek i kombinowania. Byłam przekonana, że źle zniosę powrót do pracy, oczywiście dzieci też.

Nie znalazłam wariatki, która podjęłaby się opieki nad moimi słodkimi aniołkami. Chyba nawet trudno się dziwić. A więc żłobek – znalazłam taki, w którym sympatyczna pani dyrektor zrobiła mi superindywidualną ofertę.

 

Pracuję!

No i poszłam do pracy. Mimo że nie należy ona do łatwych, to w porównaniu z obowiązkami domowymi, odpoczywam. Na szczęście mam bardzo blisko i pracuję w znośnych godzinach.

Szału finansowego nie będzie przy wypłacie i po opłaceniu żłobka, ale wróciłam na rynek pracy, mam zapewnione składki, rozmawiam z innymi ludźmi (a myślałam, że totalnie zdziczałam i przestałam lubić ludzi). Jeszcze nie wiem, czy podjęłam dobrą decyzję. Czas to pokaże.

 

Lipiec 2017 Jak mogłam się cieszyć z powrotu do pracy?

Czytam powyższy tekst i zastanawiam się, kto to pisał.

Chyba usiłowałam przekonać samą siebie, że jakoś to będzie.

Dałam się niepotrzebnie przekonać, że mama musi pracować zawodowo, żeby była szczęśliwa, spełniona. Że tylko poprzez karierę będzie mogła się samorealizować. I że pracę na etacie można połączyć z macierzyństwem bez uszczerbku na żadnej z tych stron.

 

Jak było w pracy tak naprawdę?

Mój powrót do „normalnej” pracy to był niewypał.

Dzieci wciąż chorowały, a ja nie bardzo mogłam brać L4. Nawet 3 dni mojej nieobecności spowodowanej ich kolejnym zapaleniem oskrzeli został mi wypomniany (na szczęście nie przez szefa).

Dom przestał normalnie funkcjonować. Chodziłam zestresowana i wściekła. Nie miałam ochoty z nikim gadać w pracy i wiele rzeczy zwyczajnie zawalałam. Frustracje z pracy odreagowywałam na własnej rodzinie. Byłam wykończona.

Dalej szukałam czegoś, co będę mogła wykonywać z domu.

Mimo rozesłanych kilkudziesięciu maili, pozytywnej odpowiedzi nie uzyskałam. Straciłam wiarę, że to, co robię, co tworzę, ma jakąkolwiek wartość.

Chęć dorobienia paru groszy popchała mnie w kierunku założenia własnej firmy.

Spodziewałam się, że może nie być łatwo, ale kiedy realnie musiałam stać się marketingowcem, księgową, PR-owcem i sprzedawcą w jednym, to nagle noce stały się taaaakie krótkie.

Kredyt na założenie firmy, brak efektów (klientów), a przecież ZUS trzeba opłacać… I tak firma, zamiast być miłą odskocznią i źródłem dodatkowych dochodów, stała się powodem kolejnych rozczarowań i punktem zapalnym w relacjach małżeńskich…

 

Jak trafiłam na marketing sieciowy?

Biorąc udział w kolejnym link party dla zwiększenia zasięgu mojego fanpage’a, przez tzw. przypadek natrafiłam na post osoby, zachwalającej marketing internetowy, który daje jej możliwość łączenia wychowania córki z pracą.

Napisałam do niej, umówiłyśmy się na rozmowę i zdecydowałam się.

Mimo że na początku byłam dość sceptyczna, zaangażowałam się na 100 %. I nie żałuję.

Przyznam uczciwie, nie jest to rodzaj zarabiania, w którym kliknę coś i zarobię 500$ w ciągu godziny (w internecie aż roi się od takich ofert!). Nie ma pracy – nie ma efektów. Nie ma efektów – nie ma pieniędzy.

Czy gdzieś jest inaczej?

 

Dlaczego wolę być w marketingu internetowym niż pracować na etacie?
.

  • Pośpiech czy leniwy poranek?
    .
    Gdy robię wszystko, żeby być w pracy na czas, a nawet chwilę przed czasem (przecież muszę zaparkować, odsapnąć i przygotować się do zajęć), to kreska nad okiem zawsze wychodzi krzywa, włosy nie chcą się układać albo wszystkie rajstopy nagle się podziurawiły!
    .
    I już od rana nerwy. A ja uwielbiam długie poranki. Przytulanki z dziećmi, potem leniwe śniadanko (choć przyznam, w międzyczasie już jestem aktywna w internecie i buduję relacje), zabawy, wygłupy. Naprawdę wolę to niż pośpiech, kawa wypijana wielkimi łykami między kuchnią, sypialnią a łazienkę.
    .
  • Współpraca z ludźmi
    .
    W marketingu sieciowym sama decyduję, z kim współpracuję. Jeśli widzę, że między mną a drugą osobą nie będzie dobrej relacji, a tym samym dobrej relacji biznesowej, to kończę rozmowę. Nie będę musiała obcować z tą osobą na co dzień 😉
    .
  • Szefowanie
    .
    Jestem sobie sama szefem – to dobrze i źle. Dobrze, bo nikt mi niczego nie narzuca i nie wydaje poleceń. Moją motywacją do działania nie jest realizacja czyjejś wizji, ale moich marzeń. Źle – istnieje pokusa, żeby czasem sobie odpuścić, więc muszę się mocno dyscyplinować.
    .
  • Inwestycja
    .
    W rozwój swojej firmy musiałam zainwestować sporo pieniędzy, które prawdopodobnie nigdy się nie zwrócą. W marketingu sieciowym jedyną inwestycją jest mój czas, moje zaangażowanie. Nie muszę mieć specjalnych kwalifikacji czy kursów, wszyscy partnerzy startowali/startują z tego samego poziomu.
    .
    Zwrócę uwagę na słowo partnerzy. W marketingu sieciowym nie ma rywalizacji, wszyscy gramy do jednej bramki, pracujemy dla wspólnego dobra.
    .
    Twój sukces jest moim sukcesem i moją korzyścią. Mój sukces jest korzyścią dla Ciebie. Gdy potrzebuję pomocy, mogę się w każdej chwili zgłosić do kogoś z partnerów – oni też pracują w domu, więc są dostępni.
    .
  • Mój rozwój
    .
    OK, na etacie też można się rozwijać. Ja się rozwijam dopiero teraz, bo dopiero teraz mam na to trochę czasu i motywacji. W pracy i tak bym nie dostała podwyżki za wiedzę, którą wdrożyłam w moje działania na rzecz firmy.
    .
    Szkoleniowcy z mojej branży nie pozwalają o sobie zapomnieć 🙂 Webinary, live’y, szkolenia, relacje – właściwie mam wrażenie, że ciągle działamy razem, choć każdy u siebie w domu.
    .
    To, co również bardzo sobie cenię, to to, że w każdej chwili mogę pytać o cokolwiek i kogokolwiek i nie zostanę wyśmiana czy zhejtowana. I dla mnie bardzo ważne jest to, że jestem doceniana i motywowana do działania. W końcu mój sukces to sukces innych partnerów.

 

Co zyskuję jako mama?
.

  • Czas
    .
    Mogę być z dziećmi, mam dla nich czas, pracuję w trakcie ich drzemki i w nocy. Ponieważ nie chodzę do stacjonarnej pracy, mogę sobie pozwolić na lekkie niedospanie 😉
    .
    Szkolę się podczas wykonywania zwykłych obowiązków domowych. Bo przecież webinar czy audiobook wcale nie walczy o moje względy z żelazkiem. To fakt, że zdarza mi się tracić czas na głupoty, których przecież nie brak w internecie. Przeważnie jednak mam określoną ilość czasu, którą mogę przeznaczyć na pracę, dlatego spinam się i robię maksymalnie dużo.
    .
  • Życie rodziny
    .
    Mama freelancerka czy też mama pracująca z domu ma realnie większe możliwości uczestniczenia w życiu rodziny niż mama na pełnym etacie. Może umówić się na poranną wizytę do lekarza – nie ma przecież takich kolejek.
    .
    Nie musi kombinować, co zrobić, żeby wyjść wcześniej i zdążyć na Dzień Rodziny do przedszkola. Może zgłosić się jako opiekun na wycieczkę klasową.
    .
  • Rozwój siebie
    .
    Uważam się za osobę zorganizowaną. Marketing sieciowy pomaga mi jeszcze bardziej rozwijać tą cechę. Tak samo jak pomaga mi stawiać sobie jasne cele i permanentnie do nich dążyć, rozwijać pewność siebie i przedsiębiorczość, wychodzić poza własne uprzedzenia, lęki.
    .
    Uczy mnie, jak uodpornić się na krytykę, odmowę, wyśmiewanie, kpinę, niedowierzanie, ale także jak rozwijać siebie i jak budować relacje z ludźmi.

 

Czy marketing sieciowy jest dla każdego?

I tak, i nie.

Nie potrzebujesz pieniędzy na inwestycję na start. Nie potrzebujesz żadnych kursów. Nie przechodzisz przez rozmowę kwalifikacyjną. Nikt nie sprawdza Twojej przeszłości.

Ale:

Musisz być zaangażowany. Musisz chcieć się rozwijać. Musisz chcieć się szkolić. Musisz być systematyczny. Musisz mieć pozytywne podejście do tego, co robisz. Musisz brnąć do przodu, nawet jeśli początkowo nie widać wielkich sukcesów. I musisz być cierpliwy – mówimy tutaj o zasadzie odroczonej gratyfikacji.

Ważne, żeby mieć świadomość tego, że to nie jest praca na chwilkę. To jest decyzja o zmianie dotychczasowego życia.

Ja już nie chcę wracać na etat, bo to się nie sprawdziło w moim przypadku. Szkoda, że ludzie nie doceniają jeszcze możliwości, jakie daje praca w marketingu rekomendacyjnym.

 

 


Przeczytaj również…

Dlaczego Marketing Sieciowy – kliknij tutaj >>

Aplikacja TopNework do budowy Biznesu MLM przez Internet – kliknij tutaj >>

.

.

Ewa Bajor

Ewa Bajor

Z wykształcenia jestem muzykiem i pedagogiem, z powołania żoną i wielodzietną mamą. Artystyczna dusza, niedająca zamknąć się w określonych ramach. Do niedawna poszukująca swojego zawodowego powołania.
Ewa Bajor

Latest posts by Ewa Bajor (see all)